baner - petycja ordo medicus

NIE POTĘPIAJ LUDZI ZA TO, ŻE SĄ NIEZASZCZEPIENI. ONI SIĘ TACY URODZILI

RODO = jeśli jeden człowiek chce coś powiedzieć drugiemu człowiekowi, to musi prosić „państwo” o pozwolenie. (St. Michalkiewicz)

 

Mit o HIV

„Unz Review” dokumentuje tyle przejawów głupoty, a wręcz szaleństwa w sprawach publicznych, że zwracanie uwagi na kolejną iluzję może wydawać się nietaktem. Mam tu na myśli przekonanie, z którym stykam się od 40 lat: wiarę, że wirus przenoszony drogą płciową, HIV, jest przyczyną upośledzenia odporności zwanego AIDS.

Wiele dowodów przeczy tej hipotezie, lecz — podobnie jak w innych kluczowych sferach naszego życia — nieustępliwy dogmatyzm i cenzura ze strony potężnych, często państwowych biurokracji, wciąż podtrzymują tę nieudowodnioną teorię przy życiu.

 

W Wielkiej Brytanii otrzymaliśmy właśnie kolejne przypomnienie o cierpieniu, jakie niesie ze sobą to przekonanie — mikrokosmos nędzy będący dowodem na globalny ciężar szkodliwej dezinformacji.

43-letni Adam Hall został 23 kwietnia skazany przez sąd koronny w Newcastle na dożywotnie więzienie za zakażenie siedmiu młodych mężczyzn wirusem HIV. Przekazał im tym samym coś, co sędzia nazwał „trwałą i nieodwracalną chorobą” oraz „dożywotnim skazaniem na leczenie medyczne”.

Wina Halla nie podlega dyskusji. Zgwałcił czterech z tych mężczyzn i — jak wykazano przed sądem — czerpał „seksualną satysfakcję” z zadawania im bólu i krzywdy.

Jasne jest jednak również, że determinacja władz medycznych i prawnych, by uczynić z niego przykład, tylko zwiększyła cierpienie ofiar. Wszystko przez stygmatyzację związaną z teorią wirusa oraz konieczność dożywotniej terapii, która nieodłącznie towarzyszy diagnozie HIV.

W oświadczeniu złożonym przed sądem jeden z poszkodowanych opisał chwilę, w której pielęgniarka z poradni zdrowia seksualnego zadzwoniła do niego, gdy wysiadał ze szkolnego autobusu, by poinformować go o zakażeniu. Miał wtedy 15 lat. „W moim sercu zieje ogromna pustka po życiu, które mogłem mieć” — wyznał.

Inny stwierdził, że diagnoza była jak wyrok śmierci, dodając: „Pierwszy lek, który przyjmowałem, spowodował wypadanie włosów. Zmieniłem preparaty, ale skutki uboczne nie ustąpiły. Teraz codzienne życie bywa wyczerpujące. Przeszedłem tyle procedur medycznych i pobytów w szpitalu”.

Trzeci z mężczyzn powiedział: „Kiedy po raz pierwszy usłyszałem, że mam HIV, po prostu nie mogłem w to uwierzyć… To mnie zniszczyło. W tamtej chwili moje dotychczasowe życie się skończyło. W pracy spotykam się z ogromną stygmatyzacją, w tym z homofobicznymi komentarzami”.

Kolejna ofiara wspominała reakcję matki na wieść o zakażeniu — kobieta poprosiła, aby jej nie przytulał w obawie przed zarażeniem. „Byłem oceniany tyle razy, że musiałem się do tego przyzwyczaić. Niedawno znowu zmieniono mi leczenie. Nawet po niemal dziesięciu latach życie z wirusem wciąż generuje problemy z lekami, wymaga regularnych wizyt i badań krwi. To już na zawsze zostanie częścią mojej codzienności”.

Oskarżenie wniosła Crown Prosecution Service (instytucja publiczna odpowiedzialna za prowadzenie spraw karnych w Anglii i Walii). Prokuratura podkreśliła, że współpraca z ofiarami była kluczowa dla zebrania dowodów niezbędnych do skazania Halla i uzyskania wyroku współmiernego do wagi jego czynów. „Musieliśmy wykazać, że zamiarem Halla było przeniesienie choroby [czemu on sam zaprzeczał] oraz wykluczyć wszelkie inne potencjalne źródła schorzenia” — stwierdziła starsza prokurator Amy Dixon.

Opierając się na zaleceniach naukowych, rząd Wielkiej Brytanii — podobnie jak wiele innych na świecie — od połowy lat 1980. szeroko nagłaśnia temat HIV/AIDS. Państwowe agencje za wszelką cenę starają się podtrzymać tę narrację, mimo że obecnie w Wielkiej Brytanii z powodu AIDS umiera mniej osób niż wskutek upadków ze schodów — co stoi w jaskrawej sprzeczności z prognozami o milionach zagrożonych ludzi.

Nie dziwi zatem, że w sądzie nie przedstawiono żadnych dowodów podważających teorię o HIV. Co więcej, w żadnym z artykułów prasowych na temat tej sprawy nie wspomniano wprost o seksie analnym, choć oczywiście był on sugerowany. Być może unikano tego tematu z obawy przed reakcją masowego odbiorcy, uważam jednak, że ma to kluczowe znaczenie z innego powodu.

Otóż najbardziej szczegółowa krytyka teorii o HIV pochodzi od grupy naukowców z Perth w Australii Zachodniej. W ramach 80-stronicowej dekonstrukcji tego dogmatu przedstawiają oni dowody, że intensywny lub brutalny seks analny może uszkadzać układ odpornościowy w taki sposób, który prowadzi do diagnozy „HIV” ze wszystkimi jej dożywotnimi konsekwencjami — i to bez udziału jakiegokolwiek śmiertelnego wirusa. Odbyt posiada jedynie cienką warstwę ochronną, przez którą nasienie łatwo przenika do krwiobiegu. Gdy tak się dzieje, sprzyja ono rozpadowi komórek i podnosi poziom białek we krwi, co wywołuje fałszywie dodatnią reakcję w teście na obecność „HIV”.

Zdumiewające jest to, że test ten nigdy nie został zweryfikowany jako dowód na obecność „HIV”, ponieważ naukowcom do dziś nie udało się wyizolować i oczyścić tego wirusa bezpośrednio od żadnego pacjenta z AIDS.

Oto korekta drugiej części tekstu. Podobnie jak w poprzednim fragmencie, zadbałem o płynność wywodu i poprawność językową, zachowując nienaruszony ton oraz argumentację autora.

Już w kwietniu 1986 roku, podczas spotkania ekspertów WHO w Genewie, podniesiono głos, że brak izolacji wirusa sprawia, iż stosowanie testów jako narzędzia przesiewowego w kierunku AIDS lub w grupach podwyższonego ryzyka jest „nieodpowiednie”. „Interpretacja jest tak samo częścią testu, jak użyte w nim fizyczne odczynniki” — mówił dr Thomas F. Zuck, przedstawiciel FDA, do stu uczestników z 34 krajów. „Mamy zatem na tym etapie trudności z ustaleniem kryteriów, które pozwoliłyby zweryfikować twierdzenie producenta o potwierdzającym charakterze testu”. Dodał jednak, że zaprzestanie ich szerokiego stosowania jest „po prostu niepraktyczne”.

Wszystkie dodatkowe procedury testowe wprowadzone od tamtego czasu cierpią na ten sam brak walidacji.

Fakt, że „interpretacja” odgrywa tak kluczową rolę w diagnozie, może pomagać w zrozumieniu, dlaczego Afroamerykanie słyszą informację o zakażeniu HIV osiem razy częściej niż biali obywatele oraz dlaczego — według danych WHO — trzy piąte rzekomych nowych zakażeń przypada na region Afryki.

Grupą badawczą z Perth kierowała nieżyjąca już Eleni Papadopulos-Eleopulos ze szpitala Royal Perth — biofizyczka, która przez cztery dekady niestrudzenie próbowała przekonać świat nauki, że uznanie HIV za przyczynę AIDS było fatalnym w skutkach błędem. Zmarła 19 marca 2022 roku w wieku 85 lat.

Jej pierwotna praca badawcza dotyczyła udoskonalania radioterapii dla pacjentów onkologicznych. To doprowadziło ją do dogłębnego studiowania mechanizmów, dzięki którym komórki organizmu zachowują zdrowie oraz sposobów, w jakie proces ten zostaje zaburzony. W 1982 roku prestiżowe czasopismo „Journal of Theoretical Biology” opublikowało jej 21-stronicowy artykuł, w którym analizowała, jak utlenianie powoduje aktywację komórek i zużycie energii, podczas gdy proces przeciwstawny, znany jako redukcja, umożliwia komórce jej magazynowanie. Zmiany w czynnikach regulujących te cykle, wykraczające poza punkt krytyczny naruszający mechanizmy homeostazy, mogą prowadzić do różnorodnych schorzeń, w tym nowotworów.

Gdy w 1981 roku po raz pierwszy opisano AIDS, „niedaleko stąd było do wniosku, że procesy oksydacyjne mogą wyjaśniać wiele aspektów tej choroby, a być może nawet samo istnienie HIV” — mówi lekarz medycyny ratunkowej Valendar Turner, jeden z niewielu specjalistów, którzy starali się nagłośnić prace Papadopulos.

Napotkali oni jednak liczne przeszkody. Gdy teoria „nowego, śmiercionośnego wirusa” ugruntowała się w świadomości społecznej, niosąc przekaz, że zagrożeni są wszyscy aktywni seksualnie ludzie, stała się ona paradoksalnie ulgą dla liderów ruchu wyzwolenia gejów. Walczyli oni wówczas z głęboko zakorzenionymi uprzedzeniami wobec związków jednopłciowych. Początkowo AIDS pogardliwie nazywano „gejowską dżumą”, łącząc chorobę ze specyficznym stylem życia, obejmującym intensywne używanie narkotyków i liczne kontakty seksualne. Lekarze opiekujący się pierwszymi pacjentami byli oburzeni tym, co postrzegali jako obojętność rządu wobec ich losu.

Hipoteza wirusowa „zdemokratyzowała” ryzyko, co wywołało większe współczucie dla chorych. Od tego momentu jednak wszelkie alternatywne teorie stały się politycznie niepoprawne. Ich głoszenie niosło ryzyko oskarżeń o homofobię lub — co gorsza — o „narażanie życia” poprzez zniechęcanie osób z dodatnim wynikiem testu do przyjmowania leków antywirusowych.

Nawet gdy garstka homoseksualnych mężczyzn kwestionowała teorię wirusową, spotykała się z ostrym sprzeciwem własnego środowiska. Jednym z nich był Michael Callen, u którego w 1982 roku w Nowym Jorku zdiagnozowano pełnoobjawowe AIDS. Przez kolejne 12 lat starał się przekonać naukowców i innych gejów, by nie przestawali pytać o realne przyczyny choroby.

Spotkałem go w Londynie w 1992 roku, pracując jako korespondent naukowy „The Sunday Times”. Stało się to niedługo po tym, jak sam zacząłem analizować krytyczne głosy wobec HIV, po kilku latach relacjonowania tematu w sposób konwencjonalny. Zapytałem go, co doprowadziło do załamania jego organizmu — z powodu którego, jak sam przyznał, umierał — jeśli nie był to wirus HIV.

„Spróbuj mieć trzech tysięcy mężczyzn w odbycie do 26. roku życia i NIE zachorować” — odpowiedział. „A ja byłem przy nich niemal powściągliwy! Znałem pierwszą falę chorych na AIDS: byli założycielami tak zwanego »klubu 10 000«, mając za sobą dziesięć tysięcy lub więcej partnerów seksualnych”. Choć tak ekstremalna rozwiązłość dotyczyła mniejszości, to właśnie w tym „bractwie pożądania” pojawiała się większość przypadków zachorowań wśród homoseksualistów.

„Lata 1970. i ruch wyzwolenia gejów przyniosły bezprecedensową swobodę seksualną” — głosił Callen — „a on i jemu podobni wierzyli, że im więcej seksu ma mężczyzna, tym bardziej jest wyzwolony. Było to przyjemne, lecz niosło ze sobą biologiczną cenę. Niezabezpieczony seks analny obciążał układ odpornościowy partnerów pasywnych. Dodatkowo osoby te koncentrowały w swoim otoczeniu niemal wszystkie dostępne drobnoustroje przenoszone drogą płciową, co prowadziło do nawracających infekcji, leczonych często permanentną antybiotykoterapią”.

Callen był współautorem artykułu opublikowanego w gazecie „New York Native” w listopadzie 1982 roku pod tytułem: „Wiemy, kim jesteśmy: dwóch gejów wypowiada wojnę rozwiązłości”. Autorzy przekonywali w nim, że dowody na związek kryzysu zdrowotnego z bezprecedensową rozwiązłością w miejskich środowiskach homoseksualnych są przytłaczające. Zaprzeczanie temu faktowi „zabija nas” i będzie to robić nadal, „dopóki nie podejmiemy trudu zmiany naszych zachowań seksualnych”.

W artykule zaznaczono, że ani w literaturze medycznej, ani w rozmowach z pacjentami nie znaleziono dowodów na to, by geje prowadzący bardziej uporządkowane życie seksualne zapadali na AIDS (chyba że ich nieliczni partnerzy byli już ciężko chorzy). Wskazano też, że w przypadku narkomanów czy hemofilików istniały odrębne, logiczne wyjaśnienia niedoborów odporności, niewymagające zakładania istnienia jednego wspólnego wirusa. Na tej podstawie autorzy twierdzili, że geje nie powinni liczyć na cudowną szczepionkę czy lek, lecz powiązać nowy zespół chorobowy ze stylem życia — czynnikiem, który realnie można zmienić.

Tekst wywołał burzę protestów, zwłaszcza w środowisku homoseksualnym. Niedługo potem powszechne uznanie przez świat nauki, że winę ponosi zabójczy wirus HIV, ostatecznie ucięło wszelką publiczną debatę na ten temat.

Oto korekta ostatniej, trzeciej części tekstu. Podobnie jak w poprzednich fragmentach, zadbałem o stylistyczną spójność i klarowność wywodu, zachowując nienaruszony przekaz autora.

Teoria wirusa otworzyła drogę do setek miliardów dolarów z kieszeni podatników, przeznaczanych na badania i leczenie AIDS. Ten finansowy „jackpot” do dziś zasila przemysł farmaceutyczny, czasopisma medyczne i naukowe, biologów molekularnych, edukatorów zdrowotnych oraz liczne organizacje pozarządowe i grupy aktywistyczne. Większość zaangażowanych osób postrzega siebie jako uczestników szlachetnej walki z plagą, która — według Światowej Organizacji Zdrowia — pochłonęła już ponad 44 miliony istnień.

Jednak po ponad 40 latach, mimo setek tysięcy publikacji opartych na wierze w HIV/AIDS, wciąż nie ma lekarstwa. AZT — nieudany lek przeciwnowotworowy, który amerykańscy badacze rządowi wyciągnęli z lamusa ze względu na jego rzekome działanie anty-HIV — zabił i okaleczył tysiące ludzi. Kolejne generacje leków mogą co prawda wspierać niewydolny układ odpornościowy, lecz stosowane przez całe życie u osób z dodatnim wynikiem HIV, które poza tym są zdrowe, przynoszą więcej szkody niż pożytku. Twierdzi się również, że obecne schematy leczenia ograniczają zakaźność — częścią oskarżenia przeciwko gwałcicielowi z Newcastle był właśnie fakt, że nie stosował się on do terapii, przez co miał stanowić zagrożenie dla innych. Jednak według grupy z Perth, twierdzenie to również opiera się na błędnym rozumieniu prawdziwej natury HIV.

Brak skutecznych metod leczenia podkreślają doniesienia, że badacze przeprowadzają sekcje zwłok osób z HIV w ciągu zaledwie kilku godzin od ich śmierci, „aby wskazać zakamarki, w których wirus ukrywa się przed terapiami antyretrowirusowymi” — jak ujęło to czasopismo „Nature”. Oficjalne dane głoszą, że liczba zakażeń HIV na świecie rośnie w tempie około 1,3 miliona nowych przypadków rocznie.

Poszukiwania szczepionki również zakończyły się fiaskiem. Bob Gallo, amerykański naukowiec rządowy, który w 1984 roku zapoczątkował historię HIV i wprowadził na rynek pierwszy test, przewidywał wówczas, że szczepionka będzie dostępna w ciągu dwóch lat. Czterdzieści lat później mamy za sobą ponad 250 nieudanych prób, a kolejne są w toku — głównie w Afryce, gdzie według WHO miliony ludzi żyją z wirusem. Na początku lat 1980. naukowcy z USA i Wielkiej Brytanii wieszczyli, że populacja Afryki zostanie zdziesiątkowana z powodu rzekomo powszechnych zakażeń. Od tego czasu liczba ludności na tym kontynencie niemal się potroiła.

Naukowcy z Perth konsekwentnie badali każdy aspekt twierdzeń zwolenników teorii o HIV i przez lata próbowali doprowadzić do rzetelnej analizy swoich argumentów, lecz wciąż napotykają na mur cenzury. Gdy redaktor niewielkiego, lecz cenionego czasopisma przyjął dwa ich artykuły, a trzeci był w przygotowaniu, wydawca pisma, koncern Elsevier, nakazał ich wycofanie. Gdy redaktor odmówił, został zwolniony, a jego następca posłusznie odrzucił teksty.

Inni naukowcy kwestionujący narrację o HIV — w tym laureaci Nagrody Nobla — doświadczali podobnego ostracyzmu, a nawet szykan. Zmarły profesor Peter Duesberg, wybitny wirusolog i laureat prestiżowego grantu Narodowych Instytutów Zdrowia za badania nad retrowirusami (do których zaliczano HIV), został pozbawiony finansowania i zdegradowany. Po tym, jak publicznie wystąpił przeciwko teorii HIV i ostrzegał przed szkodliwością leku AZT, powierzono mu rolę przewodniczącego komitetu organizującego coroczny uniwersytecki piknik.

Śledząc tę historię przez kilka dekad, jestem przekonany, że uporczywa obrona dogmatu o HIV przez środowisko naukowe dawno przekroczyła granice tego, co da się uzasadnić. Stała się ona trwałym atakiem na ludzką godność i dobrostan. Co musi się wydarzyć, aby ten proces wreszcie powstrzymać?

Autorstwo: Neville Hodgkinson
Ilustracja: WolneMedia.net (CC0)
Źródło zagraniczne: UNZ.com
Źródło polskie: WolneMedia.net